|
|
piątek, 20 listopada 2009
Wyjaśniło się czemu jestem tak dobrą istotą. I skąd moje nieprawdopodobne powodzenie u kobiet.
Znaczy, u Burdzi.
Bo powodzenie u innych kobiet to miał tamten zły Borek, ten którego zabiłem i zająłem jego miejsce, żeby resztę życia spędzić z Burdzią.
To wszystko dlatego, że jestem aniołem.
No wiecie, takim z nieba.
Serio serio.
Mam dowód:
Burdzia wciąż żyje. Po tym: - Kupiłam sobie Hainekena, dla ciebie nie wzięłam kochanie.
Nie tylko żyje, ale nie jest nawet bardzo sina.
czwartek, 29 października 2009
Być może najwytrwalsi z moich znakomitych czytelników pamiętają, że jakiś czas temu okazało się że mieszka z nami mąż Burdzi. Wtedy, dzięki własnej naiwności sam siebie przekonałem, że to niby o mnie chodzi, i ze żadnego innego faceta tu nie ma.
Chyba, kurwa, byłem ślepy.
I to go kurwa rozzuchwaliło.
Ale powoli zbieram o kolesiu coraz więcej informacji. Ostatnio ustaliłem ile ma wzrostu. Całe 165 cm kurdupla.
Skąd?
Proste. Kolo zrobił się tak bezczelny że zaczął nosić moje ciuchy. Rano zakładam polar - rękawy podwinięte do łokci, wieczorem szlafrok - to samo, biorę puchówkę - i znowu. No nie mówiłem, że bezczelny?
Na razie mu odpuszczę, znam jego żonę, to co się będę pastwił nad biedakiem?
wtorek, 27 października 2009
Odkładaliśmy to z tygodnia na tydzień. Ze strachu. Burdzia specjalnie ściągnęła fachową literaturę. Przeczytaliśmy co trzeba. Skonsultowaliśmy się z ludźmi, którzy mieli już to za sobą. Zadaliśmy sobie pytanie "czy damy radę?". Odpowiedź była jedna - nie mamy wyjścia, musimy przez to przejść. Znowu trochę poodwlekaliśmy. Wyznaczyliśmy ostateczny termin. Nie było już dla nas odwrotu. To se zmieniliśmy termin, na drugi tydzień listopada. W końcu wczoraj, jakoś z rozpędu i trochę przez nieporozumienie zaczęliśmy.
Przyzwyczajanie Agatki do samodzielnego zasypiania w łóżeczku.
Do tej pory odbywało się to na różne sposoby: na rękach, na bujaczku, w wózku, w czasie karmienia, zazwyczaj trwało to długo i wiązało się z masą ryków.
Poziom wkurwu bywał wysoki.
Bo warto tu wspomnieć, że kiedy Agatka ryczy, kaprale marines wpadają w kompleksy.
Metoda jest prosta.
Ładujesz dzieciaka do łóżka, wychodzisz i odczekujesz minutę ryków, wchodzisz i uspokajasz, wychodzisz i odczekujesz trzy minuty ryków, wchodzisz i uspokajasz, wychodzisz i odczekujesz pięć minut ryków i potem już co pięć minut aż dzieciak padnie.
Proste?
Relacje z forum mówiły o godzinnych walkach, a w książce jest mowa o tygodniowej kampanii.
Dodatkowo, koncepcja nieudzielania natychmiastowej pomocy płaczącemu dziecku nie do końca odpowiadała Burdzi i obawiałem się, że będę musiał użyć starego łańcucha, tego na którym kiedyś trzymałem ją w kuchni.
Cóż, można powiedzieć że własne dziecię zrobiło nas w bambuko.
Pierwszego dnia wystarczyły 3 sekwencje, a łączny czas płaczu nie był dłuższy niż do tej pory przy usypianiu.
A dzisiaj, drugiego dnia, Agatka zasnęła po 4 minutach (1+3) Bijąc wszelkie rekordy w szybkości zasypiania.
A my zostaliśmy z tą metodą jak Himilsbach z angielskim.
Wychodzi na to, że do tej pory to ją zwyczajnie wkurwialiśmy tym całym wożeniem w wózku czy kołysaniem.
sobota, 24 października 2009
Ostrzegam, że ostrzegam. Kurde! Jak mi ktoś jeszcze raz zużyje żel do golenia i nic nie powie, to normalnie walnę w tą śliczną główkę, tak że ta blond farba się posypie...
środa, 21 października 2009
Łatwo zauważyć, że w ostatnich latach do Warszawy sprowadza się masa nowych osób.
Ja osobiście jestem wielkim fanem tego zjawiska.
Zresztą trudno żebym nie był fanem, biorąc pod uwagę że wszystkie fajne
laski (pozdro dziewczyny) jakie poznałem po ogólniaku, były przyjezdne.
Oczywiście mowa tu o Burdzi.
Bo oczywiście te inne laski (pozdro, pozdro), to poznawał ten drugi
Borek, ten którego zabiłem i zająłem jego miejsce, żeby resztę życia
spędzić z Burdzią.
Ale ja nie o tym.
Znaczy nie o dupciach.
Wracając.
Wydawało by się na pierwszy rzut oka, że migracja do W-wy ma klasyczne wyjaśnienie.
Wiadomo; praca, płaca, studia no i starych nie ma.
Niby tak, ale.
Dzisiaj, będąc na chwilę w Białej Podlaskiej i załatwiając tam pewną
sprawę urzędową odkryłem prawdziwą przyczynę, dla której dziewczęta i
chłopcy przenoszą się tu do nas od razu po szkole.
Parkowanie.
Tak.
Jeśli jeszcze kiedyś będę narzekał na brak miejsc parkingowych w
Warszawie, to proszę mi rzucić hasło "Biała..." i na pewno się zamknę.
Ludzie!
Kurwa!
Nie wiem ile tam mieszka osób i nie wiem po ile każda ma samochodów,
ale wiem że parkowałem w okolicach rynku 40 min zanim mi się udało.
A w Wawce rekord to 15 w rejonie Kruczej/Jerozolimskich
Że niby nie znam miasta? Znaczy Białej?
Ok.
Ale razem ze mną kręciła się w kółko masa miejscowych i szło im nie lepiej.
I dlatego, jak podejrzewam, mamy tu w Warszawie tyle superfajnych lasek.
Po prostu mają gdzie zaparkować.
To wyjaśnia też dlaczego przyjeżdża więcej dziewczyn.
Proste.
Facetom parkowanie idzie jednak lepiej, to se zawsze jakoś poradzą na miejscu.
piątek, 16 października 2009
Włochy nie kojarzą się zapewne moim, najlepszym na świecie, czytelnikom z miejscem gdzie uczciwy Polak może doznać jakiś szczególnych upokorzeń.
Dobra kuchnia, przyjazny klimat, mili ludzie, zdroworozsądkowe podejście do kwestii praworządności oraz delikatna niechęć wobec Niemców, zapewniają im dużą sympatię Polaków.
Ale ja oczywiście to co innego.
Upokorzenie?
Proszę bardzo.
Że Włosi nie chcą sami?
Nie szkodzi, od czego ma się kochającą kobietę?
Burdzia robi zdjęcie: - Kochanie, uwaga, wciągnij ten brzuch! - Yyyyyyhhhh właśnie wciągnąłem....
ps. W sprawie konkursu: ponieważ blox zrobił coś dziwnego z moją poprzednią notką, zapraszam, może tym razem sie uda.
czwartek, 15 października 2009
Godz 4.00
Rimini
Pobudka.
Masakrycznie niewyspani, po trudnej nocy z budzącą się co chwila Agatką, wstajemy żeby zdążyć na pociąg.
Godz 5.00
Rimini
Wymarsz.
Maszerujemy na dworzec, do pociągu pół godziny.
Godz 5.15
Rimini dworzec.
Pociąg jest o 5.45 a nie 5.30
Godz 5.45
Pociąg
Wszystko ok.
Godz 6.20
Forli
Teraz tylko autobus na lotnisko i po problemach.
Godz 6.22
Forli
Autobus bezpośredni zaczyna jeździć o 9.00, rozkład przesiadek nie rokuje najlepiej.
Godz 6.30
Taxi
Wszystko ok.
Godz 6.40
Forli-Aeroporto
Wszystko ok, odprawa, kawa, kanapki, znajomi.
Godz 8.15
Forli-Aeroporto
Wszystko ok, rodziny z dziećmi bez kolejki.
Godz 8.30
Wizz Air on board.
Lejdis end dżentelmens tu kapitan spiking, że będziemy w Warszawie o 10.10, 25 min przed czasem.
Hura.
Godz 10.05
Wizz Air on board.
Wszystko ok.
Godz 10.06
Wizz Air on board.
Lejdis end dżentelmens tu kapitan spiking, że w Warszawie jest zła
pogoda i nic nie widać, musimy tu trochę poczekać, przewidujemy
lądowanie w normalnym czasie ok godz 10.35
Godz 10.20
Wizz Air on board.
Lejdis end dżentelmens tu kapitan spiking, że w Warszawie jest już
bardziej coś widać i zaraz lądujemy, tylko kilka samolotów musi
bardziej niż my, to poczekamy na swoją kolej.
Godz 10.40
Wizz Air on board.
Lejdis end dżentelmens tu kapitan spiking, że w Warszawie jest znowu
nic nie widać i musimy poczekać. A w ogóle to ja umiem wylądować bez
patrzenia, tylko mi wyłączyli na ziemi takie coś do lądowania na
przyżądach.
Godz 11.00
Wizz Air on board.
Lejdis end dżentelmens tu kapitan spiking, niestety dalej nic nie widać, zostalo nam paliwa na 5 minut.*
A potem lecimy na nasze lotnisko zapasowe w Katowicach
Godz 11.30
Wizz Air on board.
Lejdis end dżentelmens tu kapitan spiking, że wylądowaliśmy w Katowicach.
Godz 11.40
Wizz Air on board.
Lejdis end dżentelmens tu kapitan spiking, prosze pozostać na swoich
miejscach, w chwili obecnej ustalamy czy wracamy do Warszawy czy was tu
wysadzamy. Konsultujemy się z biurem meteorologicznym lotniska Okęcie.
Za 5 minut poinformujemy państwa co dalej.
5 minut? Hehe dobre.
Godz 12.00
Wizz Air on board.
Lejdis end dżentelmens tu kapitan spiking, ustalamy co dalej, za 10 minut wam powiemy.
Jasne.
Godz 12.40
Wizz Air on board.
Lejdis end dżentelmens tu kapitan spiking, tak jak mówiłem ustalaliśmy,
ustalaliśmy i ustaliliśmy ze wysiadacie tu. Załatwimy wam transport, a
może za 3 godziny będziecie mogli polecieć innym samolotem. Do widzenia.
Do widzenia.
Godz 12.50
Katowice lotnisko Pyrzowice
Wszystko ok, bagarze, bufet, gazety.
Godz 12.55
Katowice lotnisko Pyrzowice.
Ej, pasażerowie co chcieli do Warszawy ale im nie wyszło, za godzinę podstawimy wam autobus.
Godz 13.55
Katowice lotnisko Pyrzowice.
Ej wy! Autobus czeka.
Godz 14.00
Autobus
Wszystko ok, poza pogodą, warunkami na drodze, i korkami.
Godz 15.00
Autobus na trasie katowickiej
Wszystko ok, poza j.w.
Godz 16.00
Autobus na trasie katowickiej
Wszystko ok.
Godz 17.00
Autobus.
Mijamy Ikeę w Jankach.
Godz 17.20
Autobus.
Mijamy Ikeę w Jankach.
Ciągle.
Godz 17.30
Raszyn
Godz 17.45
Ciągle Raszyn
Godz 18.00
Warszawa al Krakowska
Godz 18.30
Warszawa al Krakowska parę metrów dalej
Godz 18.45
Okęcie
Godz 19.00
MZK 175
Godz 19.10
MZK 175
Godz 19.20
Przystanek
Wysiedliśmy wcześniej, razem z Agatką i bagażami okazujemy się szybsi niż autobus.
Godz 19.25
Dom.
Co kurwa?
Że długa notka?
Myślicie że mi to poszło szybko?
Ludzie! Ponad 14 godz z Rimini?
Samolotem?!
Furką szybciej można tą traskę zrobić!
Przesadzam?
Google maps sugeruje 17 godz to na bank można szybciej.
Gdyby ktoś pytał jak zniosła to moja siedmiomiesięczna córka Agatka to
informuję że przez te 14 godzin może cztery razy trochę się
naburmuszyła. I to wszystko.
Curunia tatunia.
Ok, a teraz konkurs: wskaż, od którego, do którego momentu Borek miał miękkie nogi, nagrodą jest kawałek parmezanu.
*Naprawdę facet tak powiedział
- Zostało nam paliwa na pięć minut- tu zrobił jakąś taka przerwę, w czasie której pasażerowie postarzeli sie o całe lata, i dokończył:
- A potem będziemy już musieli lecieć do Katowic.
Potem słyszałem co najmniej dziesięć osób opowidających o tym przez komórki.
środa, 07 października 2009
Kiedyś, kiedy wolny najmita był jeszcze wolny, w ten czas mroczny, kiedy Burdzi nie znał, życie jego było pasmem beznadziei. Ten smutny ludzki strzęp, kiedy miał gdzieś jechać, tych kilka rzeczy, które zabierał, pakował po kieszeniach. W pośpiechu, w biegu w ostatniej chwili chwytał co popadło ze swojego dobytku i gnał wiecznie spóźniony, na pośpieszny do Przemyśla*.
Tak, to o mnie.
To znaczy nie o mnie tylko o tym drugim, gorszym mnie, tym co wiecie, którego zabiłem i zająłem jego miejsce żeby resztę życia spędzić z Burdzią.
No ale teraz jest inaczej, jest super.
Super. Zajebiście.
Mamy samolot o 6.00 a mieszkamy przy lotnisku. Na szczęście Burdzia zaplanowała pobudkę na 3.30, żebyśmy ze wszystkim zdążyli.
Ok, to teraz mnie zapytajcie czemu zanudzam najlepszych na świecie czytelników notkami zamiast się pakować?
No pytajcie!
Proste.
Burdzia spakowała nas w niedzielę!!!
Ludzie!!!!
W życiu czegoś podobnego nie przeżyłem.
* "Każda wielka podróż zaczyna się w pośpiesznym do Przemyśla" - tako rzecze Borek.
wtorek, 06 października 2009
Nie można powiedzieć żebym był mistrzem świata w załatwianiu urzędowych spraw. Terminowe dotrzymywanie terminów nie jest moją mocną stroną. Ważne sprawy do załatwienia potrafią u mnie czekać latami. Regułą jest regularne nieregulowanie rachunków. Właściwie nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek cokolwiek "urzędowego" załatwił o czasie i w należyty sposób. Z jednym wyjątkiem. Jedynym. Jedniusieńkim Zawsze, ale to zawsze mam wyrobiony paszport z dużą zakładką czasową. Może to pozostałość po czasach komuny, kiedy paszport był trudno dostępny, może romantyczna nadzieja na nagłą przygodę, a może zwykłe natręctwo. Ale tak już mam. Zawsze w spore osłupienie zawsze mnie wprawia, jak słyszę że ktoś nie ma paszportu bo się nie wybiera za granicę, albo że teraz można na dowód jeździć. Znam osobiście dwie opowieści o tym że warto mieć paszport. W pierwszej koleś musiał wydać 400pln żeby do Rumunii dostać się inną drogą niż najtańsza, przez Ukrainę. No i opis jego miny kiedy koledzy pomaszerowali przez granicę a on został jak baran z otwarta buzią. Druga: świetny autostop po Europie świeżo po uzyskaniu pełnoletności, ale próba wjechania do Turcji zakończona przykrą niespodzianką. Bo jeden kolega miał tylko dowód. Debile. I dlatego:
środa, 30 września 2009
Dzisiejszy mężczyzna nie ma lekko. I można by tu o tym długo. Większość naszych problemów poza swoją podstawową przyczyną typu "ona mi nie daje" ma drugie, wspólne dno.
Wzorce.
Rozdarci między Krzysztofem Ibiszem a Rocco Siffredim, szukamy złotego środka w dorobku narodowej kultury.
Niby proste; pan Michał Wołodyjowski. I wszystko.
Ale.
No powiedzmy sobie szczerze, skończył chujowo, no i w temacie "laski" nie wymiatał.
Kloss? Prasowanie ciuchów przez resztę życia.
Janosik? Tylko który?
Borewicz? Reszta życia w Polonezie.
Franz Mauer? Życie rodzinne w rozsypce, bo kurwa, te kurwy to same kurwy.
Czyli jest problem. Ja osobiście po latach błądzenia na manowcach powracam do starej szkoły.
Ojciec.
Wzór i ideał dla młodego człowieka.
I właśnie dziś wieczorem wstąpiłem na drogę naśladownictwa.
Pojechałem do sklepu. Że co z tego? Że nie ja jeden? Żaden wyczyn?
Ale ja pojechałem z pod bloku na koniec naszej uliczki. Cirka ebaut 200m. Tak robił mój tata, i tak robić będę ja.
Tradycja. Mocna rzecz.
|